🦔 Strach Przed Smiercia Jest Gorszy Niz Ona Sama

Zmieniła go ona, uczyniła tym, kim był - nawet jeżeli tęsknota go przy tym zniszczyła. Zjawisko fizyczne zostało więc przekroczone przez zjawisko posiadające korzenie duchowe. Dlatego też chrześcijaństwo może mieć wiele racji w twierdzeniu, że powodem istnienia wszechświata jest właśnie miłość. Zgodnie z nauką, istnieją dwa możliwe przypadki w których czyjś niepokój i strach przed śmiercią może zostać drastycznie zredukowany. (1) Doświadczenia bliskie śmierci (NDE) w którym uzyskuje się wyraźne poczucie lub świadomość bycia martwym i wejścia do "tunel światła" . Somnifobia – gdy sen wywołuje prawdziwy strach. Somnifobia, to chroniczny i irracjonalny lęk przed zasypianiem oraz snem, który zatacza coraz szersze kręgi w nowoczesnych społeczeństwach. Niekiedy mylona jest także z bezsennością, co tylko oddala chorego od odzyskania zdrowia i pełni sił. Unikanie snu może bowiem prowadzić do Zobacz 6 odpowiedzi na pytanie: Na czym polega choroba 'schyzofrenia' ? Szkoła - zapytaj eksperta (1813) Filofobia to choroba, którą można leczyć, chociaż wymaga to wiele wysiłku ze strony osoby zaburzonej. Pierwszym krokiem jest podjęcie decyzji o wybraniu się do specjalisty, czyli psychologa lub psychiatry. Fobię należy potraktować poważnie, ponieważ wywołuje ona poczucie nieszczęścia i osamotnienia. Forum poświęcone: nerwicy lękowej, atakom paniki, agorafobii, hipochondrii (wkręcaniu sobie chorób), strach przed "czymś tam" i ogólnie stanom lękowym np. lęk wolnopłynący. Możesz dopisać się do istniejącego już tematu lub po prostu stworzyć nowy. Autorem tekstu jest Matthew Hens on, pracujący w Kinsale, w Irlandii, psychoterapeuta egzystencjalny i nauczyciel ekopsychologii i ekoterapii w Polsce. Tłumaczenie: Maria Sitarska . Lęk przed śmiercią i chaos klimatyczny: Jaki pożytek z terapii, kiedy jest już za późno? Człowiek nie jest niczym innym, jak tym, co sam z siebie czyni. Strach w dodatku, choć odczuwany negatywnie, jest przydatną emocją. To właśnie strach jest w stanie zmotywować do działania. Strach potrafi ratować życie – i to nie jest żadna metafora, tak po prostu jest. Jednak strach może za bardzo przeszkadzać, utrudniać normalne funkcjonowanie. Śmierć czeka każdego. Jednak spędzenie 4 4 społecznymi - oferując im nieśmiertelność. Nieśmiertelność w sensie dosłownym zapewnia człowiekowi religia wraz ze swymi dogmatami życia po śmierci, czy reinkarnacją. rqPrQrd. Witam, od pewnego czasu częścią mojego życia stał się paraliżujący strach przed śmiercią, który ostatnio bardzo się nasilił. Bardzo się jej boję. Non stop myślę o tym co będzie po niej i to doprowadza mnie do szału. Chciałbym bardzo wierzyć, że po śmierci będzie szczęście, drugie życie, brak zmartwień, kochający Bóg, ale jakoś nie mogę do końca w to uwierzyć. Nawet wizja takiego życia po życiu nie pociesza mnie. W tym bezgranicznym szczęściu nie widzę tej radośći. Ciągle czytam na internecie różne informacje typu "czy po śmierci coś jest", "paniczny strach przed śmiercią" i naczytałem się wiele opinii. Bardzo często pojawia się wizja nicośći po śmierci. Doprowadziło mnie to do cholernego lęku. Ciągle próbuje sobie wyobrazić, że po smierci moze mnie po prostu nie być. Przypomniałem sobie swoją operację z wakacji. Pamietam jak leżalem na stole operacyjnym i podawali mi narkozę. Dosłownie za sekundę nastąpił przeskok do budzenia się, podczas gdy tak naprawde minęło kilka godzin. Wyobrazam sobie ze smierc to wlasnie taki stan bezswiadomosci. Wszystko co istniało we mnie nagle znika i nie ma nic. Miliardy lat to sekunda a mnie nie ma. Wydaje mi sie ze wszyscy jako ludzkosc jedziemy jakims samochodem szczelnie zamknietym bez hamulcow i kierownicy, a na koncu drogi jest przepasc i wszyscy ku temu dążymy. Mam wspaniałą dziewczynę i przeraża mnie to, że kiedyś po śmierci zostaniemy rozdzieleni na zawsze i nigdy nie będziemy mogli być już blisko. Wszystkie plany, romantyczne chwile, miłość, łzy to kiedyś umrze. Nie będzie nic. Nie będzie świadomośći. Czuję się strasznie samotny, w domu nie mam żadnego wsparcia i z nikim nie mogę porozmawiać. Nie czuję się związany emocjonalnie z matką, nigdy nie byłem. Nigdy nie mowilismy sobie kocham Cie itp. (ojciec nie żyje, z reszta rodziny brak kontaktu) Czuje sie uzalezniony emocjonalnie od mojej dziewczyny i wizja tego ze smierc to wszystko skonczy wywoluje u mnie cholerną panikę. Dzisiaj zmarła jej ciocia, a ja ciągle jestem podwójnie przez to sparaliżowany. Cały dzien mysle co sie z nia teraz dzieje, czy jej swiadomosc istnieje, czy moze jest u Boga, moze jej nie ma i jest jak podczas śpiączki - czyli nic. Jest to cholernie straszne. Najgorzej jest w godzinach 15-18. Codziennie płaczę jak bóbr, wręcz ryczę. Trzęsę się i mam wrażenie jakbym się miał zaraz to wszystko zatrzymać, ale nie da się. Każdy dzień to coraz bliżej do tej śmierci. Dodatkowo strach przed smiercia pojawil sie takze w SNACH! Nawet w nich jako ja potwornie sie tego obawiam. Boje sie ze nic juz nie bedzie i nigdy juz ze swoja dziewczyna sie nie zobaczymy i nasza swiadomosc przestanie istniec. Czesto moje serce bije mocniej, oddeh jest coraz głębszy, częstszy, zaczynam chodzić po mieszkaniu, czasem muszę z domu wyjść. Po fali rozpaczy i płaczu przychodzi pewne otumanienie i stłumiony strach siedzący we mnie w środku czekający na kolejny atak. To mnie wykańcza. Nie potrafię normalnie żyć, bardzo chciałbym wierzyć w 100% ze po smierci jest cudownie i kiedys zobacze sie z moja dziewczyna tam, ale nie potrafie. Dostaje do głowy (jak juz nie dostalem). Nic mnie nie cieszy kompletnie, czuje ze moje zycie ucieka, zbliza sie do smierci. Moje bardzo ambitne plany runęły. Nie dbam o swoje zdrowie, nie widzę w tym zadnego sensu. Nie potrafie. To co kiedys sprawialo mi radosc (planowanie wspolnego zycia z dziewczyna, sport, muzyka, nauka, planowanie kariery, gry komputerowe) zniknęło. Nic, kompletnie. Nie potrafię niczego zrobić. Wydaje mi się ze swiat to jakas iluzja, a kazdy smieje sie jak glupi do sera, szuka szczescia w zyciu. Przeciez i tak czeka nas smierc, ktorej sie tak panicznie boje (a raczej stanu mojego i dziewczyny po niej i rozłąki z nią). Ciągle wyobrazam sobie ze ludzie moga cierpiec przeze mnie np. moja matka (mimo iz nie mam z nia dobrych relacji). Jest osoba gleboko wierzaca w Boga, modli sie, wierzy w zycie pozaziemskie. A ja mam ochote podejsc do niej i wykrzyczec "PRZECIEŻ TO MOŻE BYĆ NIEPRAWDA! BARDZO MOŻLIWE, ŻE TAM NIE MA NIC, JEST BRAK ŚWIADOMOŚCI. DLACZEGO SIĘ POŚWIĘCASZ TEMU WSZYSTKIEMU?" Nachodzą mnie myśli, żeby np. całe swoje pieniądze jej oddać, bo inaczej będę winny. Nie wyobrażam sobie co będzie po śmierci kogokolwiek, kogo znam. Przede wszystkim smierci mojej dziewczyny, matki, siostry, swojej. Paralizuje mnie to cholernie. Boje sie ze sie rozstaniemy na zawsze a wszsytkie uczucia, milosc to kropla we wszechswiecie nic nie znaczaca, ktora zniknie po naszej smierci razem z nami i swiadomością. Jestem strasznie osamotniony. Ciagle wmawiam sobie, ze mam jakiego raka itp. Dodam, że mam DOPIERO 18 lat. W tym roku piszę maturę, a wiem że w takim stanie nic nie moge zrobić. Niegdys wzorowy uczeń, obecnie ledwie przeciętny. Byłem u psychiatry (ok. miesiac temu), gdy objawy były mniejsze niż teraz. Dostałem lek TRITTICO CR 75 MG. Lek w ogóle już nie działa (początkowo po tygodniu było lepiej, zmotywował mnie chociazby do nauki i poprawil nastroj, ale potem przestal dzialac). Konczy sie juz, wiec musze isc na nastepna wizyte. Bardzo prosze o jakies slowo wsparcia, jesli doszliscie do konca tej lektury. Nie mam już żadnych sił z tym walczyć, boje sie ze wyladuje w szpitalu. Czy moge z tego wyjsc? Czy jest mozliwe to w ogole? Nie mam juz zadnych nadziei. Czy jakies inne leki moga mi pomoc. Czy ktos mial podobnie jak ja i z tego wyszedl? Bardzo prosze o jakiekolwiek wsparcie zapytał(a) o 21:57 Strach przed smiercią. Czesc, boje się czasem, że nie obudze się po nocy, dlatego spie jak już musze ale tak naprawde, ze organizm nie jest wstanie funkcjonować [Wstaje okolo 13/14, ide spac kolo 6/7 rano, czasami nieco wczesniej] I to nie tak ze sam z siebie, mam nerwice lekowa i straszny lek mi towarzyszy bardzo czesto. Smieszą mnie katolicy którzy boją sie smierci, macie boga co nie? przeciez was kocha, będziecie w raju z rodziną. No ja wlasnie jestem ateistą, i nie wierze ani w 1%, ale podczas ataków nerwicy mysle sobie, a co jesli i bog istnieje? Bede sie smazyl w piekle [troche paradoks, bog nas kocha mimo wszystko, a jak nie wierzymy zsyla nas do piekla] ksiadz [musialem isc na cmentarz, mama mnie zmusila] mowil, ze morderca, kto zabil nawet 10000 osób okaże skruche przed panem, zostanie wyslany do nieba, a np ateista robiacy wiele dobrych rzeczy, zostanie zeslany na cierpienie, ale do rzeczy - Pomozcie mi pokonac ten strach. Odpowiedzi blocked odpowiedział(a) o 22:09 Mam depresję, i też mam myśli samobójcze, właściwie to nie wiem czy to są "myśli samobójcze" po prostu nie boję się śmierci, i jestem katolikiem, ale zastanawiam się nad zmianą statusu na ateistę, niby wierzę w Boga, ale nie popieram kościoła ani papieża... ani żadna religia mi nie pasuje w 100%...Nie przejmuj się tym, ale jeśli chcesz popełnić samobójstwo to, może spróbuj sprawić czyjeś życie lepszym i radosnym... Ja już od dawna nie miałem na ustach szczerego uśmiechu z radości, nie widzę sensu w życiu oprócz moich przyjaciół i matki, i to właśnie dla nich żyję, nie dla siebie, ale staram się uczynić życie innych lepszym, jeśli sam nie mogę zaznać szczerego uśmiechu - staram się go sprawić na twarzy kogoś innego, polecam spróbować... Żyć dla kogoś innego, nie siebie A jak chodzi o strach przed śmiercią nie umiem ci pomóc się go pozbyć, ja po prostu nie widzę sensu życia... więc może dlatego jest mi to obojętne czy umrę dzisiaj czy jutro... ale dopóki żyję chcę czynić innych szczęśliwymi, chcę z nimi nawiązywać relacje i spędzać nimi czas...[Trochę się rozpisałem, nie wiem czy coś z tego ci pomogło, ale może...] Goltad odpowiedział(a) o 01:56 Smieszą mnie katolicy którzy boją sie smierci, macie boga co nie? przeciez was kocha, będziecie w raju z rodziną. Prawdziwi katolicy nie boją się śmierci,bo traktują ją jako epizod niewierzących śmierć to koniec,a dla nas to po prostu jakby przejść bramą do innego na przykład nie boję się się chorób,nie takich które prowadzą do śmierci,tylko takich przez które cierpi się,lub zostaje tak zwanym "warzywem".Tego się do twojego komentarza na temat rzekomej nierówności mordercy z ateistą...Każdy,nawet najwięksi zbrodniarze,np wojenni,mają szansę odkupienia poprzez akceptację istnienia odrzucasz Boga,to czego oczekujesz? że jako bluźnierca i zdrajca zostaniesz zbawiony? Właśnie ateistom wydaje się,że wszystko dostaną na mnie ateizm to tak naprawdę próżniactwo,często to nawet rodzaj niedostosowania nie oszukujmy się,99% ateistów to osoby nie wiedzące nawet co to jest tak zwany kod przed sobą swoje czyny,bo przecież i tak nikt ich nie osądzi,więc mogą kraść,gwałcić i dziwnego więc,że większość ateistów skazana jest na wieczne tym w życiu trzeba być niestety przez całe życie było się mocno przekonanym o nieistnieniu Boga,to nie powinno się oczekiwać później zbawienia. EKSPERTMyDragon odpowiedział(a) o 10:45 Strach przed śmiercią jest naturalny i każde stworzenie go ma. Jest instynkt przetrwania, który sprawia, że automatycznie podejmuje się decyzje, mające pomóc przeżyć. Ludzie wierzący w życie po śmierci też naturalnie boją się śmierci (w sensie samego umierania), ale również zapowiadanego u nich strachu przed śmiercią to bezmyślność. Ci, którzy się nie boją, zapewne za bardzo w coś wierzą, a jeśli coś aż tak przesłania ci oczy, że śmierć jest niczym, to masz duży problem. Xyzt odpowiedział(a) o 14:48 Ciekawe. Deklarować się jako niewierzący i jednocześnie bać się Boga. To drugie jest zdrowe. Więc proś o wiarę. Wiara jest darem. Mnie się zdaje, że trzyma cię diabeł. A tego pokonać może tylko Chrystus. Świadomości śmierci się nie wyzbędziesz, jest ona nieunikniona. Nikt Ci nie pomoże , bo nie da się. Sam musisz to rozpracować, ewentualnie z terapeutą. Znam problem z lękiem, bo sama chorują na NL, ale wiele rzeczy możesz złagodzić przy odpowiedniej terapii. Prowadzisz niehigieniczny tryb życia, rozregulowałeś sobie rytm dnia i nocy, to Ci nie pomoże, tylko zaszkodzi. Z problemami ze snem należy iść do psychiatry. Śmierć może przyjść w każdym momencie, więc zarywanie nocek nic nie pomoże. Jeśli masz atak paniki sam musisz wypracować sposób działania - na każdego działa co innego - sport, rozmowa z bliskimi, praca, pasja, medytacja i pewnie jeszcze inne sposoby. Musisz wiedzieć co Ci pomoże zanim ten atak paniki weźmie nad Tobą górę. Laura779 odpowiedział(a) o 00:13 Pomyśl sobie, że w śmierci nie ma nic strasznego, a nawet wynika z niej wiele korzyści. Znikają wszystkie zmory, problemy, obowiązki, jest to, co przed urodzeniem, czyli nicość. Uważasz, że znasz lepszą odpowiedź? lub Zapis czarnych skrzynek nie odkrył prawdy o katastrofie smoleńskiej, ale odsłonił inną, może ważniejszą, przejmującą prawdę o umieraniu. Wiele osób mogło poczuć silną konfuzję, czytając w zapisie rozmów poprzedzających katastrofę smoleńską słowa wykrzykiwane przez pilotów w chwili śmierci. Zaskoczeni i skrępowani, a może nawet zgorszeni mogli być zwłaszcza ci, którzy naiwnie uwierzyli pojawiającym się wcześniej sugestiom, jakoby z kokpitu dobywało się wzywanie osób świętych. Nie byli zdziwieni zapewne czytelnicy Melchiora Wańkowicza, który w relacjach i refleksjach spod Monte Cassino nie pozostawiał złudzeń co do tego, jaki okrzyk wydają na polu bitwy żołnierze trafieni śmiertelną kulą. Czy można się gorszyć, że człowiek zaskoczony przez śmierć, odsłaniającą mu nagle swoje przerażające oblicze, posyła jej soczyste przekleństwo? Nie ma wówczas czasu na wygłaszanie kunsztownych i wzniosłych fraz w stylu: „Dulce et decorum est pro patria mori” (Jak pięknie i słodko jest umierać za ojczyznę) komponowanych zresztą na ogół przez tych, którzy takiej rzekomej ostatecznej rozkoszy nie zaznali. Pilot płonącego i tracącego sterowność samolotu, który roztrzaskał się w 1987 roku w Lesie Kabackim, mając chwilę na ostatnie pożegnanie z kontrolerami lotu, uczynił to najprostszymi, rzeczowymi słowami: „Dobranoc! Do widzenia! Cześć! Giniemy!”. Słowa wygłaszane czy, częściej, wykrzykiwane w chwili śmierci mają jednak dojmującą wymowę nie tylko wtedy, kiedy oddają przerażenie i bezradność zaskoczonego nią człowieka, lecz także wówczas, gdy wyrażają jego myśli, które miał czas poukładać, towarzyszące umieraniu, na które miał czas się przygotować. Niektórzy własną śmierć wręcz przygotowują sami i obmyślają jako ceremoniał zaaranżowany w każdym szczególe, obejmujący także słowa, jakie wygłoszą do najbliższych lub potomnych przed oddaniem ostatniego tchnienia. Te niekiedy przechodzą do historii, a przynajmniej do legendy. Stara katolicka modlitwa nakazuje prosić Boga o uchronienie od nagłej i niespodziewanej śmierci, bowiem przychodząca z zaskoczenia nie daje czasu nie tylko na modlitwę, lecz także na odprawienie obrzędów, niegdyś zwanych bezceremonialnie ostatnim namaszczeniem, dziś określanych mniej definitywnie jako sakrament namaszczenia chorych. Choć w dawnych czasach ludzie umierali bardziej naturalnie i świadomie, zatem lepiej do ostatnich pożegnań przygotowani, to i wówczas nagła śmierć bywała przeznaczeniem wielu, zwłaszcza na licznych polach bitew. A że brali w nich udział jedynie twardzi mężczyźni, można przypuszczać, że głównym składnikiem bitewnego zgiełku były dosadne przekleństwa. Wierna inscenizacja bitwy pod Grunwaldem, która niebawem uczci 600. jej rocznicę, powinna więc obejmować okrzyki, które kłóciłyby się z obecnością dzieci i kobiet na widowni. Wolno się domyślać, że takie też słowa padają z ust sprawców i uczestników wypadków komunikacyjnych, w samochodach jednak nie instaluje się czarnych skrzynek, a zapisy tych wydobywanych ze szczątków samolotów nie są upubliczniane. W Polsce zrobiono wyjątek i przekonaliśmy się, co krzyczą umierający gwałtowną śmiercią. Wiele mogliby o tym powiedzieć ci, którzy przeżyli wypadki i katastrofy. Wątpliwe jednak, aby chcieli przyznać, jakie były ostatnie słowa kolegów, którzy nie przeżyli, a także ich własne przed utratą przytomności. Można by też sprawdzić nasuwające się przypuszczenie, że kobiety w sytuacjach ostatecznych częściej wykrzykują imiona boskie, tak jak umierająca w wyniku wypadku lady Diana: „My God, what’s happen?” (Mój Boże, co się stało?). Aby zmówić modlitwę lub krzyknąć coś bardziej wzniosłego, trzeba mieć więcej czasu albo być przygotowanym na zbliżającą się śmierć. Słynny okrzyk rzymskich gladiatorów: „Morituri te salutant” był raczej rutynowym pozdrowieniem i oddaniem hołdu imperatorowi niż deklaracją pogodzenia ze śmiercią i przywitania z nią – ta przecież nie była przesądzona nawet wobec pokonanego w pojedynku (cesarz mógł litościwie skierować kciuk w górę). Głośny wyrzut: „Et tu, Brute, contra me?!” skierowany przez umierającego Juliusza Cezara do jednego z dźgających go skrytobójców wyraża raczej zaskoczenie nielojalnością przyjaciela niż samą śmiercią. Kaligula w ostatnich słowach krzyczał do swoich zabójców wyzywająco, a może desperacko: „Wciąż żyję!”. Austriacki następca tronu Franciszek Ferdynand, umierając w Sarajewie po zamachu, który spowodował tak katastrofalne skutki, zapewniał: „To nic”. Śmierć zresztą w środowiskach władców dawniejszych i późniejszych musiała być niejako wkalkulowana w sprawowanie eksponowanej funkcji jako związane z nią ryzyko. Dlatego niektórzy mogli mieć zawczasu przygotowane frazy do wygłoszenia w ostatniej chwili kończącego się życia. Gdy Neron, samobójczo żegnając się ze światem, dzielił się z nim melancholijną refleksją: „Qualis artifex pereo!” (Jakiż artysta ginie!), zawierał w niej nie tylko nieskromną autoocenę, lecz także sugestię, że to ów świat więcej traci na jego odejściu niż on sam. Świata nie przekonał, a czy sam był przekonany – nie dowiemy się już nigdy. Artyści o niekwestionowanej pozycji, których każde dokonanie było za życia z uwagą śledzone, a przekaz wnikliwie analizowany, zapewne czuli presję, że w ostatniej chwili nie mogą powiedzieć nic banalnego. Lecz nawet gdy wygłaszali słowa pozornie proste, nabierały one głębszego znaczenia. Gdy Goethe przed śmiercią zawołał „Mehr Licht!” (Więcej światła!), fraza ta nieuchronnie nabrała metaforycznego sensu. Guy de Maupassant podobno krzyknął rozpaczliwie: „Ciemności, ach, ciemności!”. Beethoven miał zacytować słowa, którymi kończyły się rzymskie komedie: „Plaudite, amici, comoedia finita” (Klaszczcie, komedia skończona). Może najbardziej przejmujące pożegnanie stworzył Mozart, komponując podniosłe, wspaniałe „Requiem” na własny pogrzeb. George Harrison w ostatnich słowach skierował do otaczających go bliskich przesłanie zgodne z całą jego twórczością: „Kochajcie się!” (czyż nie przypomina się beatlesowskie „All We Need is Love”?). Napoleon, który miał na Wyspie św. Heleny mnóstwo czasu, aby przemyśleć mijające życie i nadchodzącą śmierć, gdy ta w końcu nadeszła, wspomniał to, co było mu najdroższe: „Francja, armia, Józefina”. Ale niekiedy wielcy umierający nie ulegają presji patosu chwili i pozwalają sobie na zaskakującą szczerość. Nie mogąc już mówić, ksiądz Tischner na łożu śmierci zdołał jeszcze napisać na kartce o swoim cierpieniu: „Nie uszlachetnia”. Agnieszka Osiecka była bardziej dosadna, opisując swój przedśmiertny stan słowami: „Do dupy”. Kto wie, czy nie jest to bardziej przejmujący i sugestywny wyraz przeżyć umierającego człowieka, więcej mówiący o ludzkim doświadczeniu śmierci niż kunsztowne frazy. Najwięcej o umieraniu powinni wiedzieć filozofowie – Seneka twierdził wręcz, że całe życie filozofa jest rozważaniem śmierci. On sam jednak, mimo że swą własną przemyślał i zaplanował, zadając ją sobie samemu, w ostatniej chwili życia nie miał do powiedzenia nic nadzwyczajnego. Podobnie inny umierający filozof, Sokrates, pouczający w ostatnich słowach rozpaczających uczniów, by nie zapomnieli złożyć stosownej ofiary bogowi Asklepiosowi. Hobbes wyzionął ducha, w którego istnienie nie wierzył, mówiąc o podróży w otchłań ciemności, a więc w pustkę, w nicość. Kant zamknął oczy wraz z krótkim westchnieniem: „Genug” (Dosyć). Hegel ponoć w ostatnich słowach żalił się, że był tylko jeden taki, co go zrozumiał. „Ale i on mnie nie zrozumiał” – dodał zrozpaczony. Natomiast Wittgenstein umierał najwyraźniej spełniony, skoro kierował do potomnych słowa: „Powiedzcie im, że miałem wspaniałe życie”. Może filozofowie wszystko, co mieli do powiedzenia o życiu i śmierci, wyrażają w traktatach, pismach i wykładach, więc nie muszą już w ostatnich słowach obwieszczać niczego doniosłego? Pewnie dlatego Karol Marks, aspirujący do miana wielkiego filozofa, wyganiał zebranych przy jego łożu śmierci i czekających na ostatnie słowa, by zanotować je dla potomności. Krzyczał, że wygłaszanie ostatnich słów jest dobre dla głupców, którzy nie powiedzieli dosyć za życia. A tego, czy refleksje filozofów o śmierci pokryły się z ich osobistym doświadczeniem umierania, nigdy się nie dowiemy. Śmierć jest doświadczeniem intymnym, nawet jeśli dotyczy osób publicznych, więc w dzisiejszych czasach szacunku dla prywatności nie jest tak upubliczniana jak w epokach walk gladiatorów, rzucania chrześcijan lwom, publicznych egzekucji skazańców czy umierania władców w otoczeniu tłumu dworzan. Czy więc nie naruszono tej intymności, upubliczniając stenogram z zapisu czarnych skrzynek feralnego samolotu lecącego do Smoleńska? Zrobiono to, jak wiadomo, w imię odsłonięcia pełnej prawdy o katastrofie. Prawdziwej jej przyczyny zapis z taśm jednoznacznie nie wskazał, ale odsłonił inną, może ważniejszą, a na pewno bardziej przejmującą prawdę o umieraniu. Najbardziej znane i szeroko śledzone umieranie ostatnich lat, będące udziałem Jana Pawła II, też miało niemal publiczny charakter, papież żegnał się ze światem i odchodził z niego dosłownie na jego oczach. Jego ostatnie słowa: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca” były wprawdzie skierowane do najbliższych opiekunów, ale stały się znane wszystkim i przemówiły bodaj do wszystkich. Być może jednak najbardziej znanymi i najdłużej pamiętanymi słowami wypowiedzianymi w ostatniej chwili życia pozostaną te przejmujące i wieloznaczne, które wzniósł Jezus konający na krzyżu: „Elli, Elli, lama sabachthani” (Panie, Panie, czemuś mnie opuścił). „Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego”. Źródło: Newsweek_redakcja_zrodlo

strach przed smiercia jest gorszy niz ona sama